2009-01-31 10:17
 Oceń wpis
   

Gdy w zeszłym roku w Ameryce upadały wielkie banki, słychać było głosy, że być może już wkrótce będziemy świadkami generalnego załamania kapitalizmu. Nic takiego nie nastąpiło, ale równoczesnie nie ma wątpliwości, że powrót do sytuacji sprzed kryzysu jest już niemożliwy. I dobrze - twierdzi Benjamin Barber - bo byłby to jedynie powrót do patologii. Zamiast tego trzeba na nowo przemyśleć model amerykańskiego kapitalizmu.

Benjamin R. Barber, ur. 1939, amerykański politolog i filozof. Pracuje także jako doradca i konsultant - doradzał m.in. Billowi Clintonowi i Parlamentowi Europejskiemu. Po polsku ukazały się jego książki "Dżihad kontra McŚwiat" (1997), "Imperium strachu" (2004) oraz ostatnio "Skonsumowani" (2008). W "Europie" nr 111 z 17 maja 2006 roku opublikowaliśmy jego tekst "Koniec ideologii".

W takiej postaci, w jakiej funkcjonował on przed kryzysem, doszedł już do ściany. Nie tylko w sensie ekonomicznym, ale i kulturowym. Konsumeryzm rozdęty do nieprawdopodobnych rozmiarów zaczął zagrażać fundamentom demokracji. Gospodarcze załamanie zbiegło się w czasie z końcem epoki Busha i neokonserwatystów - na tym wedle Barbera polega szczęście w nieszczęściu. Wybór nowego prezydenta oznacza, że dzisiejsza recesja może odegrać rolę katalizatora naprawdę istotnej zmiany amerykańskiej mentalności i kultury. Zmiany podobnej do tych, które uruchomiły XIX-wieczna wojna secesyjna czy Wielki Kryzys w latach 30. ubiegłego wieku. Amerykanie mają szansę stać się innym społeczeństwem - mniej nastawionym na bezmyślną konsumpcję, bardziej odpowiedzialnym, dbającym o własne zasoby naturalne, zainteresowanym czymś innym poza indywidualnym pomnażaniem bogactwa. I pielęgnującym przyjazne relacje ze światem zewnętrznym.

Reformowanie gospodarki to nie wszystko. Potrzebujemy zmiany kulturowej

Kiedy pogrążona w recesji Ameryka wstępuje w opromienioną blaskiem nadziei epokę Baracka Obamy, toczy się cicha, lecz epokowa walka o duszę kapitalizmu. Czy potrafimy w końcu sprawić, by system rynkowy służył nam, czy też nadal my będziemy służyli jemu? George W. Bush przekonywał, że kryzys nie jest "porażką systemu wolnorynkowego i nie powinniśmy reagować próbą zmiany tego systemu". Ale chociaż stwierdzenie zgonu kapitalizmu byłoby przesadą, George Soros ma rację, kiedy mówi, że w teorii rynkowej, na której opiera się światowa gospodarka, "tkwi jakiś zasadniczy błąd, wrośnięty w system defekt".

Rynek i społeczeństwo

Nie chodzi o śmierć kapitalizmu, tylko o jego rodzaj - o relacje z kulturą, demokracją i życiem. Skupiony wokół Roberta Rubina zespół gospodarczy Obamy próbuje raczej uspokajać, niż wymyślać nowe rozwiązania, jego członkowie usiłują naprawiać to, co kiedyś zepsuli. Ale nawet jeśli im się uda, czy osiągną coś więcej niż przywrócenie kapitalizmu do stanu poprzedniego, wskrzeszenie wszystkich defektów, których skutkiem jest obecny pasztet?

Jako ekonomiści nawet postępowi krytycy spoza zespołu gospodarczego Obamy nie potrafią wyjść z zaklętego kręgu kategorii myślowych charakterystycznych dla swojej korporacji zawodowej. Tak, bankierzy i politycy są zgodni, że nadzór państwa nad ratowanymi instytucjami finansowymi powinien być większy oraz że trzeba mocno podgrzać zamarzniętą pompę kredytową. Szykowany jest wielki pakiet stymulacyjny skupiony na ekologii, alternatywnej energii, infrastrukturze i tworzeniu miejsc pracy - to bardzo dobry pomysł.

Trudno jednak dostrzec jakiś ruch w stronę kompleksowego przemyślenia dominującej roli rynku w naszym społeczeństwie. Nikt nie kwestionuje dążenia do odbudowy rynku konsumenckiego jako siły napędowej amerykańskiej gospodarki oraz do podtrzymania roli gospodarki jako fundamentu amerykańskiego życia publicznego i prywatnego kosztem podporządkowania jej innych cenionych przez Amerykanów wartości, takich jak pluralizm, życie duchowe i dążenie do (niematerialistycznie traktowanego) szczęścia.

Ekonomiści i politycy od lewa do prawa pozostają zgodni, że wyzwanie polega na pobudzeniu zamarłego popytu. A to dlatego, że w gospodarce w 70 procentach opartej na konsumpcji zakupowicze, którzy nie robią zakupów, i konsumenci, którzy nie konsumują, zwiastują katastrofę. A przecież w walce o duszę kapitalizmu należy się zmierzyć właśnie z paradoksem konsumeryzmu.

Ucieczka z hipermarketu

Kryzys globalnego kapitalizmu wymaga rewolucji duchowej - fundamentalnej zmiany postaw i zachowań. Reforma nie może polegać na tym, by zagonić rodziców i dzieci z powrotem do galerii handlowej. Trzeba ich zachęcać, by mniej kupowali i oszczędzali, zamiast wydawać. Trzeba karać za zatruwanie środowiska, tak opodatkowując benzynę, by galon kosztował cztery dolary niezależnie od ceny rynkowej, co zniechęci do jeżdżenia paliwożernymi autami, a zachęci do rozbudowy systemu komunikacji publicznej. Może by tak wprowadzić mechanizmy motywujące producentów do zaspokajania realnych potrzeb nawet w sytuacji, gdy potrzebującym brakuje gotówki, zamiast produkować sztuczne potrzeby u bogatych tylko dlatego, że mają kasę? Albo jeszcze lepiej: potraktujmy poważnie obłudną reklamę MasterCard i zainteresujmy się tym wszystkim, czego nie można kupić za pieniądze (czyli większością spraw!). Zmieńmy niektóre przyzwyczajenia i przywróćmy równowagę między ciałem i duchem. Przekujmy etos kulturowy, traktując kulturę poważnie. Kultura odgrywa ogromną rolę w rozwoju niekomercyjnej sfery społeczeństwa. Przyszedł czas, by nareszcie stworzyć stanowisko rządowe związane ze sztuką i humanistyką, promować twórcze myślenie w rządzie i w całym społeczeństwie. Przyszedł czas, by przeznaczyć istotne środki federalne na edukację artystyczną, nauczyć młodzież radości i możliwości płynących z wyobraźni, kreatywności i kultury.

Oczywiście to, co jest potrzebne, tylko w jakimś stopniu można zrealizować za pomocą polityki państwa, pakietu stymulacyjnego czy nowych regulacji dla sektora finansowego. W grę wchodzi bowiem etos kulturowy. Nasze najważniejsze instytucje - od edukacyjnych przez reklamowe i rozrywkowe po polityczne - od dawna stawiają konsumeryzm ponad wszystko inne, nawet za cenę infantylizacji społeczeństwa. Żeby duch miał jakieś szanse, instytucje te muszą przyłączyć się do rewolucji.

Koszty takiej transformacji niewątpliwie będą wysokie, ponieważ prawdopodobnie przedłuży ona recesję. Kapitaliści być może będą musieli wziąć na siebie ryzyko, które woleliby przerzucić na podatników. Zostaną poproszeni o tworzenie nowych rynków, a nie eksploatowanie i wyzyskiwanie starych; o inwestycje i wynalazki tworzące miejsca pracy i generujące nowych konsumentów, którzy zaczną kupować użyteczne i potrzebne rzeczy produkowane przez kapitalistów, kiedy ci ostatni zaczną zaspokajać rzeczywiste potrzeby (na przykład oczyszczać zatrutą wodę w Trzecim Świecie, zamiast butelkować kranówkę w Pierwszym!).

Dobra wiadomość jest taka, że ludzie już teraz mniej wydają, najpierw zarabiają, a dopiero potem kupują, i odczuwają ulgę dzięki zakupowemu moratorium. Karty debetowe wypierają kredytowe. Rodzice buntują się przeciwko martetingowcom, którzy traktują ich czteroletnie dzieci jak przyszłych konsumentów. Dorośli zaczynają się zastanawiać nad swoim uzależnieniem od marek i infantylizacją gustów. Wyprzedzają polityków, którzy nie potrafią wyzwolić się od przekonania, że kredyt stanowi panaceum na kryzys gospodarczy.

A Barack Obama? Wybraliśmy prezydenta, który głosi hasło zmian. Zamiast wycofywać się z matni, w którą wpadliśmy, może trzeba przebić się do przodu? Może Obama powinien przyjąć w imieniu Amerykanów zobowiązanie, że w ciągu najbliższych 10 lat zbiją wydatki konsumenckie z 70 do 50 procent PKB, czyli mniej więcej do dzisiejszego wskaźnika niemieckiego? Niemcy mają podobny poziom życia przy znacznie większej równości. Pomyślmy o tych wszystkich rzeczach, które moglibyśmy robić, gdybyśmy nie musieli jeździć na zakupy.

Realistyczny idealizm

Brzmi utopijnie? Za bardzo idealistycznie? Jeśli mamy przetrwać upadek niemożliwego do utrzymania na dłuższą metę kapitalizmu konsumenckiego, który trzy dekady temu zawładnął naszym światem politycznym, idealizm musi stać się nowym realizmem. Jeśli bowiem walka toczy się między fizycznym ciałem zdefiniowanym przez solipsystyczną zachłanność a ludzkim duchem zdefiniowanym przez wyobraźnię i współczucie, to utopijna będzie czysto techniczna reakcja ekonomiczna, dająca co najwyżej szansę na powrót do zakupoholicznego piekła hiperkonsumcji, które wywołało obecny kryzys.

W historii zdarzają się przełomowe chwile, często uruchamiane przez katastrofę, które pozwalają dokonać fundamentalnych zmian kulturowych. Amerykańska wojna domowa nie tylko położyła kres niewolnictwu, ale również zjednoczyła okaleczony kraj, otworzyła drogę na zachód i pobudziła kapitalistyczne inwestycje, w sumie przyczyniając się do powstania współczesnego narodu amerykańskiego. Wielki Kryzys dał uzasadnienie dla radykalnej ekspansji demokratycznego interwencjonizmu, a także - co istotniejsze - uświadomił Amerykanom, że równość i sprawiedliwość społeczna są niezbędnym warunkiem przetrwania Ameryki jako demokracji.

Dziś nadszedł kolejny epokowy moment. Czy wykorzystamy go do przemyślenia sensu kapitalizmu i relacji między naszymi materialnymi ciałami a duchowymi umysłami, którym te pierwsze powinny służyć? Relacji między fetyszyzmem towarowym i obsesyjnym komercjalizmem a pluralizmem, różnorodnością i duchową siłą, na której wedle naszych własnych deklaracji opiera się nasz charakter narodowy.

Prezydent Obama niewątpliwie zainspirował wielu młodych ludzi do wyjścia poza indywidualistyczny kokon - poza karierowiczostwo i bezmyślny konsumeryzm. Mamy jednak skłonność do tego, by wyższe sprawy pozostawiać w sferze retorycznej, natomiast w działaniach politycznych ograniczamy się do sfery materialnej. Aby przekonać ludzi, że szczęścia nie można kupić, a konsumeryzm jest szkodliwy nie tylko dla portfela, ale również dla duszy, potrzebne są programy i ludzie, nie tylko gadanie.

Potrzeby ducha, potrzeby ciała

Koincydencja zwycięstwa wyborczego Obamy i zawalenia się globalnej gospodarki opartej na kredycie wyznacza moment, kiedy możliwe są radykalne zmiany. Nowy prezydent będzie jednak musiał zamienić gospodarczą katastrofę w kulturalną i demokratyczną szansę: sprawić, by służba była tak samo ważna jak egoizm (może by tak wprowadzić powszechny i obowiązkowy program służby narodowej, związanej na przykład z edukacją?), wspólnota nie mniej istotna niż jednostka (utracony kapitał społeczny można odbudować, wspierając społeczeństwo obywatelskie), potrzeby ducha szanowane na równi z potrzebami ciała (wspomagaj artystów i nie przeganiaj religii z agory tylko dlatego, że nie chcemy jej w ratuszu!), równość tak samo ważna jak indywidualne możliwości (oddawanie werbalnego hołdu "równości szans" stało się metodą omijania problemu głębokich, strukturalnych nierówności), a roztropność i skromność nie mniej chwalebne niż spekulacja i pycha (oszczędność jest korzystna nie tylko z perspektywy gospodarczej, ale również psychicznej). Takie wartości nie są ani konserwatywne, ani liberalne, lecz zarazem kosmopolityczne i głęboko amerykańskie. Ich przywrócenie mogłoby zainicjować cichą rewolucję.

Walka o duszę kapitalizmu jest zatem walką między ekonomicznym ciałem i obywatelskim duchem narodu: walką o taki kapitalizm, który służy naszej prawdziwej naturze i potrzebom, zamiast nimi manipulować, produkować kaprysy i zachcianki. Ocalenie kapitalizmu oznacza zharmonizowanie go z duchem - z roztropnością, pluralizmem i tymi "rzeczami publicznymi", które określają nasze obywatelskie dusze. Potrzebna jest rewolucja ducha.

źródło: Europa.pl (Nation Agence Global) przełożył Tomasz Biedroń


 



2009-01-31 10:09
 Oceń wpis
   

Karty kredytowe są mniej dostępne. To efekt kryzysu. Banki przestały rozdawać je na lewo i prawo.Nie dowierzają już deklaracjom klienta o zarobkach, żądają zaświadczeń z pracy – wynika z raportu przygotowanego przez Open Finance dla „Wall Street Journal Polska”.

Analitycy nie mają wątpliwości: obecna polityka banków przyhamuje oszałamiający przyrost liczby kart kredytowych, których co kwartał przybywało nawet 0,5 mln. Jak podaje NBP, na koniec listopada 2008 r. Polacy mieli ich w portfelach prawie 9 i pół mln.

W pierwszej kolejności cięcia dotknęły osoby najmniej zarabiające. Widać, że to o ich kondycję finansową banki obawiają się najbardziej. Osoba, która dostaje na rękę 800 zł, nie ma co liczyć na kartę w Deutsche Banku PBC. Musi mieć co najmniej 1,5 tys. zł dochodów. Minimalne wymagania podwyższył również BZ WBK – oczekiwania wobec klienta wzrosły z 500 zł do 650 zł. W Millennium poprzeczka podskoczyła z 1 tys. zł do 1,2 tys. zł, w Nordea Banku z 1 tys. zł na 1,5 tys. zł, a w Raiffeisenie zamiast 1,5 tys. zł potrzebne jest dwa razy więcej. Jeszcze dalej poszedł DnB Nord, który od 1 stycznia 2009 w ogóle nie wydaje kart kredytowych. Osoby mało zarabiające wciąż mają szansę dostać kartę w Euro Banku, GE Money czy Getinie, gdzie wciąż wystarczą wpływy w granicach 600 – 650 zł. – Można się jednak spodziewać, że wkrótce i tu drzwi zostaną zamknięte.

Banki zaczęły nieufnie podchodzić także do oświadczeń o dochodach. W ING BSK na przysłowiowy dowód można już dostać kartę tylko z limitem na 1 tys. zł zamiast 2 tys. zł, a w GE Money Banku na 10 tys. zł zamiast na 20 tys. zł. Polbank EFG, który bez zaświadczeń o zarobkach potrafił dać limit do 5 tys. zł, teraz wycofał się z uproszczonych procedur.

Jednocześnie banki mimo spadających stóp procentowych wyżej kalkulują ryzyko na kartach. Dlatego podwyższają oprocentowanie (górna granica wyznaczona przez tzw. ustawę antylichwiarską to obecnie 23 proc.). Stawka dla transakcji bezgotówkowych skoczyła w BGŻ z 19 do 22,5 proc., w MultiBanku z 21,9 proc. na 22,5 proc., a w GE Money z 21,15 na 22,6 proc. Do tego pojawiły się opłaty za użytkowanie karty w tych bankach, w których do tej pory były za darmo. Przykładem jest GE Money Bank, gdzie za kartę kredytową trzeba zapłacić 6 zł miesięcznie.

Banki szukają dodatkowych dochodów, bo ich zyski maleją. Są ostrożne, gdyż boją się niespłaconych kredytów. Według KNF w ciągu roku, od września 2007 do września 2008, wartość kredytów zagrożonych na kartach wzrosła o ponad 30 proc. Czyli bardziej niż samego zadłużenia na kartach.

na podstawie: dziennik.pl
 



2009-01-30 12:10
 Oceń wpis
   

Pewnie cała Polska będzie dzisiaj kibicowała polskim szczypiornistom w ich zmaganiach z Chorwacją. Liczymy na sukces a w każdym bądź razie na równie pasjonujący pojedynek jak ten z Norwegią. Ostatnie kilkanaście sekund meczu z wikingami przeszło już do historii polskiego sportu. Takiego napięcia, jakiego doświadczaliśmy w tym spotkaniu - nie powstydziłby się żaden reżyser filmów grozy.

riptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344">

Dlaczego Polacy wygrali?
Wielu znawców sportu, komentatorów i ekspertów podkreślało determinację w polskiej ekipie, wolę zwycięstwa i wiarę, wiarę do końca w to, że damy radę. Umiejętności techniczne, sportowe, określmy je - merytoryczne, były owszem ważne ale to nie one przesądziły o końcowym sukcesie. Wykreowały go natomiast bez wątpienia kwestie mentalne. Bez wiary w zwycięstwo, w zrealizowanie zadania, osiągnięcie celu - żadna wiedza i kwalifikacje nie pomogą, nie wystarczą.

W bardzo wielu sytuacjach biznesowych, sprzedażowych koncentrujemy się za bardzo, za mocno na "twardych" aspektach. Nie twierdzę, że nie mają one znaczenie, iż należy je bagatelizować. Nie. Tym nie mniej bez wewnętrznego, mocnego i autentycznego przekonania do tego co robimy, bez wiary, w to, że nasza praca, nasze działania mają sens, bez "czucia" sprzedaży, jej celu i logiki - nie osiągniemy tego, co zaplanowaliśmy. Będziemy jak szczypiorniści Norwegii, którzy mieli nad Polakami zauważalną przewagę taktyczną i techniczną. Dzięki niej już byli w ogródku, już witali się z gąską...no właśnie. Już byli...przekonani o sukcesie. Tymczasem w naszych zawodnikach nie tyle było przekonanie o sukcesie ile wiara w to, że jest on możliwy. Wierzyli w to nawet na 15 sekund przed końcem spotkania, dzięki czemu, to oni zamknęli ten kontrakt. Sukces można bowiem odnieść zawsze, nawet na sekundy przed końcem. Jak mawiał nieodżałowanej pamięci mistrz Kazimierz Górski - dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe!



2009-01-30 08:26
 Oceń wpis
   
Psychologowie szacują, że na porozumiewanie się z innymi ludźmi przeznaczamy poza godzinami snu około 70% czasu. W tym ok. 30% zajmuje nam mówienie i aż 70% słuchanie, szerzej odbieranie komunikatów.

Co z tego wynika? Ano, to, że większość potrzeb, zadań i przedsięwzięć życiowych możliwa jest w swym zaistnieniu dzięki komunikacji. Tak więc umiejętność komunikowania się jest kluczową dla sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie, zarówno w obszarze zawodowym jak i szerszym, życiowym. Wielu wybitnych socjologów zwraca też uwagę (słusznie) na związek jakości komunikacji z jakością życia. Upraszczając, osoby skutecznie komunikujące się mają po prostu lepiej w życiu.

Co więcej - osobisty wymiar komunikowania się z innymi ludźmi decyduje o typie kontaktów pomiędzy osobami. Nie ma bowiem mowy o dobrych stosunkach, także w obszarze emocji - w pracy, bez dobrej komunikacji, nie zaznamy szczęścia w rodzinie bez sprawnej komunikacji. Nie bagatelizujmy wiec wagi komunikacji jako procesu i fundamentu dla innych zjawisk, zdarzeń i stanów naszej egzystencji. Niestety, bardzo często komunikujemy się "byle jak", a potem się dziwimy, że nam "nie wyszło".

Rozpatrywanie procesu komunikacji pokazuje, że komunikacja pełni nie tylko funkcje ekspresyjne i instrumentalne, ale także decyduje o tym kim jesteśmy jako osoby. To komunikacja (a w zasadzie jej efekty, skutki) decyduje o tym, kim jesteśmy, o naszej pozycji "w stadzie", realnie do'określa nasze ja.

Czy tego chcemy czy nie komunikacja jako zjawisko występuje zawsze. Nie jest możliwy stan "bez-komunikacyjny". Tak więc możemy świadomie ją kształtować, kreować, formatować i realnie wpływać na jej przebieg oraz skutki, możemy także "stanąć z boku" i w żaden sposób w niej aktywnie nie uczestniczyć. Wówczas będzie się działa "o nas" ale "bez nas". Warto wiec chyba nad komunikacją zacząć panować, przywiązywać do niej wagę, stać się jej świadomym uczestnikiem - także i po to aby osiągać cele. Bez niej, tego się po prostu nie da. Uczmy się więc komunikować, róbmy to w przemyślany, staranny sposób. Skoro komunikacja wypełnia nasze życie, stańmy się jej panem, nie pozwólmy aby - jak dziki koń - cwałowała bez żadnej kontroli. Bo wówczas zawiedzie nas na manowce...



2009-01-28 22:00
 Oceń wpis
   

 




O mnie
 
Jestem psychologiem biznesu. Prywatnie kolekcjonerem szwajcarskich zegarków - prawdziwego dowodu na istnienie Deus ex machina:)

Ankieta
 
Co wolisz otrzymać?
500 zł dzisiaj
1000 zł za rok
Nie wiem
 

Kategorie

Najnowsze komentarze
 
2010-03-10 05:42
marekwojciechowski do wpisu:
Metadeterminanty
Rzecz w tym, że metadeterminanty nie są do programowania. To nie element, narzędzie z zakresu[...]
 
2010-03-08 07:56
nucbik do wpisu:
Metadeterminanty
Dokładnie tak, mnóstwo zachowań ludzkich można zaprogramować (NLP, MLP itp). Kolejne mądre[...]
 
2010-01-27 14:32
marekwojciechowski do wpisu:
Prośba od ratowników medycznych!
Coś w tym jest :) Thx za uwagi. Pozdrawiam
 
2010-01-27 08:20
januszek do wpisu:
Prośba od ratowników medycznych!
Cel - owszem, jest OK. Jednak metoda łańcuszkowych-wirusowych maili jest najgorsza z możliwych[...]
 
2010-01-26 13:49
marekwojciechowski do wpisu:
Prośba od ratowników medycznych!
Metoda - zgoda, łańcuszkowa. Taka jest natura netu. Cel - jak najbardziej OK :)